Jak przystało na odpowiedzialną kocią kolekcjonerkę, od dnia zakupu domu wiedziałam, że będę chciała go uczynić jak najbardziej gotowym by sprostać wymaganiom licznej kociej hordy, którą zamierzałam ów dom zapełnić. Jako wierna wyznawczyni prawd objawionych Jacksona Galaxy wiedziałam, że szczęśliwy kot mieszka wśród wszelkich "kotyfikacji" i "kociostrad"...
Miały być wyjątkowe Święta w naszym pięknym, wyremontowanym domu,
przystrojonym w duchu iście amerykańskiej świątecznej tandety, z wielkim
drzewem w salonie i skarpetami na kominku. Z pompą po prostu. Pompy nie ma, zwłaszcza brakuje tej, która miała nam tę piękną chatę
ogrzewać. Nie można też powiedzieć, że chata jest wyremontowana. Dach,
który miał być w październiku wciąż leży w częściach na podwórku, a
drzwi tarasowe zimują oparte o mur, bo są tak ciężkie, że nie byliśmy w stanie ich zatargać dalej. Wymarzony piec kaflowy stoi w przedpokoju od miesiąca, czeka na olśnienie jak go wnieść po schodach...
Mamy nowego lokatora. Wyjątkowo ekscentryczny gość. Ma irytujący zwyczaj pukania we wszystko, dziwnie szczeka i ma dość osobliwy gust kulinarny. Trzymamy dla niego robaki w lodówce, znosimy do domu kłody drewna i dzielnie znosimy wszelkie hałasy, jakie nam serwuje. Możemy mu nawet powiedzieć "Zamknij dziób". Nie obrazi się - w końcu jest... dzięciołem.
Zarzekałam się, że pojadę w Bieszczady nawet przy typowo londyńskiej pogodzie i pojechałam! Mimo, że przed rezerwacją noclegu dobrze znałam wyroki pogodowe nic a nic mnie to nie obchodziło. Nie myślcie tylko, że pojechaliśmy tam z jakąś wątpliwą nadzieją na słońce. Miało lać, być zimno i świadomie przyjęliśmy to na klatę. Uzbroiliśmy się za to w ciepłe kurtki, gry planszowe, duży baniak z winem, zaległe filmy do obejrzenia, psa i... koty. Tym razem własne. I choć byliśmy w tym samym miejscu zaledwie rok temu pogoda sprawiła, że tym razem poznaliśmy Bieszczady inne. Mgliste, mroczne, magiczne.
Tym razem coś na poważnie i czarno na białym. Bardziej na białym, bo rzecz będzie się miała o białaczce kociej właśnie. Czym jest ta choroba i czy należy się jej bać? Jak leczyć? Jakiś czas temu mieliśmy pod opieką Ropuszka, który okazał się być nosicielem tej choroby...
Meandry kociej psychiki są pokręcone jak ludzki włos po trwałej ondulacji i nawet Najbardziej Żarłoczny Zjadacz Wszystkich Rozumów nie potrafi ich zgłębić...
Wśród całej kociej hołoty, którą posiadam na stanie mam dwa nietypowe egzemplarze. Nietypowe, bo nawet nie moje. Nietypowe, bo uwielbiające podróże. Nietypowe bo wierniejsze i posłuszniejsze niż mój pies.
Małe, rozkoszne, kilkutygodniowe. Większość decyzji o przygarnięciu kota zapada pod wpływem tych kluczowych słów. Nic w tym złego i dziwnego, natura dobrze to sobie przemyślała, wyposażając te bezbronne istoty w mocną broń, mianowicie urok osobisty. Jednak odchowanie takiego oseska to nie tylko tulenie go i całowanie po główce, dlatego dobrze jest taką decyzję poprzedzić nabyciem odpowiedniej wiedzy, a w szczególnych przypadkach nawet oddać kocię komuś doświadczonemu, kto odchowa malucha, zanim stanie się w miarę samodzielny. Mam na koncie wiele takich uratowanych kociaków. Ale nie robię tego sama, mam od tego ludzi... a właściwie, jak to w moim przypadku, ja mam od tego koty!
Niestety dwa dni temu pożegnaliśmy Franciszka. Zasnął szybko, jego serduszko zatrzymało się w kilka sekund. Powstrzymałam się od głaskania go w tym czasie, bo wiem jakie było jego zdanie na ten temat. Do końca pozostał wierny swoim przekonaniom, a ja do końca, mimo jego niedyspozycji, je uszanowałam.
Kukułcze Jajo opuścił już gniazdo, Icek nadal ostro ćpa antybiotyk, a Miszka obrosła już w iście niedźwiedzie zimowe futro - to tak w skrócie o naszych kocich sierotkach. Czas da się zatrzymać jedynie na zdjęciach, w prawdziwym życiu zapieprza jak głodoZmory do koryta. Niestety! ;-)
Zastój na blogu tym razem spowodowały konkretne obowiązki. A właściwie jeden. Obowiązek waży ze 300 gram, ledwie co widzi i co 2 godziny woła o jedzenie...
- Znalazłem jeża. - zakomunikował mi Rudy telefonicznie podczas biegania.
- Jesteś w lesie. Pełno tam jeży. - odparowałam rezolutnie.
- Ale ten jeż się czołga. Co mam robić??
Krótkie sprawozdanie z tego jak staram się, by Śmigus-dyngus nie zginął z listy tradycji wielkanocnych ;d
Nie wiem jak u Was, ale u mnie dzieci latające z wiadrami i butelkami, oblewające obficie wodą wszystko co się rusza, to widok rzadki (w tym roku powiedziałabym nawet, że kwalifikuje się już nawet do rangi legendy "opowieści krążą, że kiedyś gdzieś ktoś"). 10 lat temu Lany poniedziałek zmuszał mnie do przebierania się co 5 minut, obojętnie, czy odważyłam się wyjść, czy zostać w domu. Wczoraj nawet mój chłopak zapomniał mnie oblać! :(
Czy ja i Franek zostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi? Nie. Czy zostaliśmy przyjaciółmi? Nie. Czy lubimy się chociaż? Nie. Nie. Nie. Historia Franciszka to nie bajka i gdybym miała opisać nasze relacje dyplomatycznie użyłabym określenia "tolerujemy się".