Bieszczady po raz drugi!


    Zarzekałam się, że pojadę w Bieszczady nawet przy typowo londyńskiej pogodzie i pojechałam! Mimo, że przed rezerwacją noclegu dobrze znałam wyroki pogodowe nic a nic mnie to nie obchodziło. Nie myślcie tylko, że pojechaliśmy tam z jakąś wątpliwą nadzieją na słońce. Miało lać, być zimno i świadomie przyjęliśmy to na klatę. Uzbroiliśmy się za to w ciepłe kurtki, gry planszowe, duży baniak z winem, zaległe filmy do obejrzenia, psa i... koty. Tym razem własne. I choć byliśmy w tym samym miejscu zaledwie rok temu pogoda sprawiła, że tym razem poznaliśmy Bieszczady inne. Mgliste, mroczne, magiczne.


      Miejscówka pozostała bez zmian. Domki Eldorado w Baligrodzie. Sympatyczna właścicielka tego drewnianego dobytku, bliskość rzeki, lokalne koty, kominek i możliwość zabrania ze sobą całego stada uczyni z tego miejsca naszą stałą bazę wypadową po wieki wieków.
    Tym razem wyjazd był organizacyjnie trudniejszy, bo zabieraliśmy ze sobą psa, który nie ma wstępu na teren Bieszczadzkiego Parku Narodowego. Nie powinno to jednak psiarzy w żaden sposób zniechęcać, bo w Bieszczadach nie brak powierzchni, które można zdobywać z czworonogiem. Nasz miał ich aż nadmiar i mimo, że jego ADHD zwykle ciąży Rudemu i Kacper ma kategoryczny zakaz przebywania z nami na wakacjach, mieliśmy go z głowy po każdym spacerze ;-) Kiedy jego niemal zdechłe łapy docierały do domu starczało im sił tylko na doczłapanie do kominka i zalegnięcie tam na dłuższy czas.


    
     Na planie naszych legalnych wędrówek znalazły się Sine Wiry (mimo, iż jest to rezerwat, psy mają tam zielone światło) i to też miejsce gorąco polecam. Rwąca rzeka. wodospady i piękne leśne krajobrazy dostarczają miłych dla oka i duszy atrakcji na kilkugodzinny spacer. Warto dotrzeć do drzewa w kształcie głowy jelenia i rewelacyjnych półek skalnych!







     Tym razem nie mogliśmy zdobyć Tarnicy (może i dobrze, bo dla mnie ma dość strome podejście, a za każdym razem, gdy Rudy ciągnie mnie w jakieś straszne góry grożę mu rozstaniem), padło za to na Magurę Stuposiańską. Przy dobrej pogodzie jest okazja do podziwiania słynnych bieszczadzkich połonin, tym razem deszcz i wszechobecna mgła zafundowała nam las trochę jak z horroru i polanę, na której zgubiliśmy szlak. Zmarznięci i zmoknięci (zwłaszcza Kacper, pies niskopodłogowy, który łapie każdą wilgoć z traw) ostatecznie zmuszeni byliśmy zboczyć z trasy i zahaczyć o schronisko Koliba, które niebezpiecznie znajdowało się na terenie Parku. Na szczęście uzbrojeni po pachy strażnicy nie złapali nas i nie wtrącili do lochu, obyło się też bez kar (grozi za to 500,00 mandatu), a przemiła obsada schroniska pozwoliła nam nawet zagrzać się w środku przy czekoladzie i pierogach ;-)







     Lasy wokół Baligrodu też są niczego sobie i warto je przemierzyć nawet w deszczowy dzień. Ostatnim razem mieliśmy okazję natknąć się w nich na dziko żyjącego żubra (wyobraźcie sobie, jednego z 1500 żyjących w Polsce!!). Tym razem obecny przy nas szczekacz skutecznie "bronił" nas przed dziką zwierzyną, ale i tak było pięknie, jak zawsze. Nie wiem jak jest tu latem, ale nadal podtrzymuję, że jesienią jest tu po prostu magicznie i jeśli macie jechać pierwszy raz to tylko wtedy. Miłość od pierwszego wejrzenia gwarantowana!
      Warto wpaść też na zaporę w Solinie (koniecznie weźcie ze sobą chleb i zobaczcie prawdziwe rybie potwory wynurzające się z głębin). Widowiskowe są też Jeziorka Duszatyńskie i dolina Osławy z ruinami starych cerkwi. 


     
       Jak już wspominałam, zabraliśmy ze sobą koty, te trochę bezdomne (ta sprawa miała by status na Facebooku: to skomplikowane). Jako, że są wielkimi włóczykijami osiedlowymi, byliśmy ciekawi jak zachowają się na zupełnie obcym terenie. W planie miałam tylko pokazać im najbliższą okolicę podczas spacerów na szelkach, jednak po dwóch pierwszych zaryzykowałam i wypuściłam kocura tylko z obróżką i adresówką. Wciąż nie mogę się nadziwić jego zamiłowaniu do towarzyszenia nam podczas wszelkich wycieczek. Swoim zachowaniem bardziej przypomina mi psa niż kota, a jego "chodzenie przy nodze" jest imponujące. Kiedy się czegoś przestraszy nie biegnie ślepo przed siebie, a jego niewytłumaczalna wierność względem nas jest po prostu niepojęta (on naprawdę nie jest naszym domowym kotem!). Jego siostra z kolei okazała się jednak mniejszym obieżyświatem niż zakładaliśmy i większą część pobytu spędziła w domku, przed kominkiem. Za to z kocurem zaliczyliśmy nawet Dolinę Śmierci w Svidniku (w tym wypadku jednak bez szaleństw, bezpiecznie na szelkach)! 





     Jeśli zaś rzecz się ma o przygodach to przeżyliśmy jedną ekstremalną w drodze do domu, kiedy to zakopaliśmy się wieczorem w lesie korzystając z oficjalnego (!) objazdu w okolicy Wadowic. Ciemno, zimno, strasznie, do tego z dwoma kotami, które od 10 godzin nie miały okazji skorzystać z kuwety. Horror! I kiedy już niemal zaakceptowałam wizję spędzenia nocy w aucie, stał się cud. Po dwóch godzinach nieudanych prób wyciągnięcia samochodu z szamba, w którym ugrzęzł, po wyjęciu ze środka wszystkich możliwych balastów (po co wzięliśmy drona, komputer, osiem gier planszowych i po co mi było tyle butów?!), ruszyliśmy naprzód. Nie śmialiśmy zaryzykować obciążenia auta znowu, dlatego całe to badziewie musieliśmy nieść w rękach aż do utwardzonej drogi, czyli jakiś kilometr dalej. Na szczęście wyszliśmy z opresji cało, choć koty i tak się posikały...

*Piękne widokówki udokumentował dla nas oczywiście Rudy 

3 komentarze:

  1. pięknie :) Bieszczady są magiczne :) mieliście wspaniała wyprawę :) a ten domek to po prostu bajka, nie dziwię się, że chcecie do niego wracać i wracać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Są magiczne, bardzo żałuję, że nie są ciut bliżej i nie można ich zaliczać weekendowo :D

      Usuń