Dolny Śląsk po raz... straciłam rachubę.

     Kocham Dolny Śląsk. Nie wiem ile razy już Wam to mówiłam/pisałam. Kocham go za Karkonosze, Góry Sowie, za tajemnice nazistów, za legendy o Duchu Gór, za Kopalnię w Złotym Stoku, za niesamowite podziemia, za klimatyczne lasy i... mogłabym tak wymieniać bez końca. Kocham za to, że jest tu co robić niezależnie od pogody i za to, że choć od wielu lat jeździmy tu kilka razy w roku wciąż nie widzieliśmy wszystkiego.


Pieniny

     Nie będę odkrywcza twierdząc, że trwająca wciąż pandemia skomplikowała wiele wakacyjnych planów. Ba, wiele z nich zmięła w kulkę i wrzuciła do kosza. Ten rok będzie zdecydowanie rokiem mikroturystyki, czyli podróżowania bliżej domu. Chociaż nasze plany zakładały wyprawę samochodem po potężny zapas gruzińskich win (najlepsze!) i jeszcze zupełnie nie wykluczyliśmy tej opcji, wszak sytuacja jest mocno dynamiczna, nie będę się czuła jakoś bardzo pokrzywdzona urlopem w Polsce. W najbliższym czasie chciałabym podrzucić Wam trochę polskich lokalizacji, co byście i Wy mogli poczuć, że to raczej szansa, a nie ograniczenie.

WYKAŃCZAMY: ŁAZIENKA

    Łazienki w tym domu to spory mankament (po tym co tu piszę można by sądzić, że ten dom to jeden wielki mankament :), bo niby są dwie, ale obie tak małe i nieustawne, że w żadnej nie mieści się pralka, a prysznic niestety ma bonus w postaci okna.

HOTEL DLA OWADÓW DIY

      Dwa lata intensywnego remontu i w końcu mamy na koncie nieruchomość w stanie deweloperskim. Ba, nawet pod klucz! Styl trochę skandynawski - zgodnie z trendem ekologiczny, wpisujący się w naturalny wygląd otoczenia, nieskomplikowany  w swej budowie i konstrukcji, przejrzysty i minimalistyczny. I choć bardzo nam się ta posiadłość podoba i choć jest w stanie do wprowadzenia od zaraz, to wciąż nie mamy gdzie mieszkać, bo dom nie jest dla nas, tylko dla... robali.

WYKAŃCZAMY: KUCHNIA


     To pomieszczenie już bezapelacyjnie wygrywa w plebiscycie na największą metamorfozę tego domu, mimo że nawet nie ma w nim jeszcze mebli. Co tu się podziało? Tak dużo się dzieje, że właściwsze pytanie to raczej: co tu się NIE PODZIAŁO? W zasadzie sufit wciąż jest ten sam, choć nie da się nie zauważyć, że znacząco oddalił się od podłogi. 

WYLEWKA CEMENTOWA CZY ANHYDRYTOWA?

   

    Uff... dobrnęliśmy w końcu do tego miejsca! Mamy ogrzewanie, na które czekaliśmy dokładnie rok i możemy nareszcie zalać podłogi ostateczną wylewką, co by przejść do upragnionej części prac remontowych, czyli... wykończeniówki! (cieszę się na to tak bardzo, bo na tym etapie prac jeszcze nie wiem, że w tej nazwie nie chodzi wcale o wykończenie wnętrz, tylko wykończenie siebie - to piszę ta mądrzejsza ja z przyszłości :) Nim to się jednak stanie musimy podjąć jeszcze jedną życiową decyzję, mianowicie: czym to zalewamy?

OGRZEWANIE PODŁOGOWE

     Podczas renowacji istniejącego lub budowaniu całkiem nowego domu jedną z ważniejszych kwestii do ustalenia jest rodzaj ogrzewania. Kaloryfery, podłogówka, a może to i to? Wszystkie te rozwiązania mają swoje wady i zalety, ale postawienie stopy na ciepłej podłodze wydaje się najbardziej kuszące. Niestety ta opcja, choć dla nas najbardziej pożądana, wydawała się być poza naszym zasięgiem...

Mała fatra

     Muszę się Wam przyznać, że przez większą część życia nie byłam entuzjastką gór. Kojarzyły mi się raczej z mozolnym spacerem pod górę, wysiłkiem i jakkolwiek absurdalnie to zabrzmi... nudą. Chyba nigdy po prostu nie dałam szansy górom, wolałam wędrówki po lesie, które wydawały mi się dokładnie tym samym, tylko, że nie powodowały zadyszki. Ostatnio robię jednak "drugie podejście" do tematu i muszę przyznać, że wyprawy w góry stały się dla mnie źródłem przyjemności.

Ostatnio czytane

    Wyznałam ostatnio na Instagramie, że mam taki dziwny zwyczaj, profanację można by rzec, że namiętnie czytam podczas jedzenia. Jest to zwyczaj katastrofalny dla książek (podejrzanie dziwne plamy), ale z genialnymi skutkami dla mnie, bo czy mam czas, czy nie czytam trzy razy dziennie (mogę być zawalona robotą, ale jeść przecież muszę!).

Z krótką wizytą w krainie trolli

     Jak wiecie mam pewne ograniczenia w zwiedzaniu świata wynikające z absurdalnej wizji mnie ginącej w katastrofie lotniczej. Nie wszędzie dojdę pieszo, nie dojadę rowerem czy autem, a jednak lista miejsc, które chcę zobaczyć na własne oczy wciąż rośnie. Przyznam też, że zaczęły mnie męczyć ciągnące się kilka dni podróże, co zapewne wynika z poczucia przejmującej starości, które pojawiło się tuż po przekroczeniu trzydziestki. Nieoceniona w walce z tą fobią okazała się też wrodzona pazerność, która nie pozwoliła mi zmarnować voucherów z Wizzair'a, których ważność właśnie się kończyła. I tak zaraz po Świętach, zdjęta trwogą (o szybowaniu wprost w ramiona śmierci) i zażenowaniem (bo latanie okazało się bułą z masłem) postawiłam stopę na norweskiej ziemi. A dokładniej w Ålesund, małym portowym miasteczku na zachodnim wybrzeżu Norwegii.