PIERWSZY!

    Jak to mówią "pierwsze koty psy za płoty" - po wielu miesiącach intensywnej pracy doprowadziliśmy do ładu pierwsze (PIERWSZE! ...z jedenastu pomieszczeń). I to nie byle jakie pomieszczenie, bo pokój, który docelowo będzie moją pracownią. Tym bardziej jest to satysfakcjonujące, że w większości wyremontowałam go sama. To nic, że do położenia w nim gładzi zużyłam cztery wiadra, choć facet w sklepie powiedział, że na pokój o tym metrażu wystarczą dwa. To nic, że mimo to ścianom nadal daleko do gładkości. To nic, że nie ma tam jeszcze kaloryfera, bo fachowiec, który miał nam robić ogrzewanie przestał odbierać telefon (nie czepiam się, zawsze jest opcja, że umarł, nie jego wina).  To nic, że nie ma tam podłogi czy parapetu i to nic, że pozostała część domu wciąż wygląda jak do rozbiórki...

krótki poradnik o tym jak nie spędzać urlopu


     Chorwacja - wakacyjna mekka Polaków, gdzie nasz rodzimy język (a zwłaszcza popularne słowo na K) usłyszymy częściej niż ichniejszy. A mimo to lubię ten kierunek i tego lata spontanicznie zdecydowaliśmy się na niego już po raz trzeci. Dotychczas, jako że Rudy był jedynym kierowcą, kończyliśmy na Istrii. I <choć Rudy nadal jest jednym kierowcą!>, tym razem zabraliśmy namiot, śpiwory, kuchenkę gazową i... chęć, by zobaczyć coś DALEJ. Nasze plany były grube - mieliśmy tydzień urlopu i postanowienie, by zwiedzić Plitwickie Jeziora, Trogir, Split, wyspę Brać, Dubrownik i na końcu (uwaga!) wbić jeszcze do Bośni i Hercegowiny, a tam zobaczyć sobie Mostar i Sarajewo.


Co mogło pójść źle? WSZYSTKO!

     Zakup starego domu to taka Kinder Niespodzianka dla dorosłych - czasem trafi się limitowana zabawka z serii, ale zdecydowanie częściej wyciągamy z jajka gówniane puzzle, z których nie cieszą się nawet niewybredne dzieci. Decydując się na dom z rynku wtórnego podejmujemy ogromne ryzyko. Musimy zweryfikować stan budynku oglądając go tylko powierzchownie. Nie możemy na przykład zerwać podłogi ani zbić tynku, by ocenić jak wielkie potrzeby remontowe ma nasz potencjalnie wymarzony dom. Jak wiecie z poprzednich postów my zaryzykowaliśmy. Jesteście ciekawi co znaleźliśmy w naszej Kinder Niespodziance?

Tajemniczy czarny kot


    Czarny kot. Przez niektórych uwielbiany, inni wciąż wzdrygają się ze zgrozą gdy przebiegnie im drogę. Tych drugich jednak jakby coraz mniej, bo i przesąd coraz mniej zrozumiały. No bo każdy niby wie, że czarny kot to nieszczęście. Jednak nasze coraz to bardziej analityczne i żądające faktów współczesne umysły są coraz to bardziej powściągliwe w kwestii zawierzania starym przekonaniom. Ów pech, który ściąga na nas „przeklęty” czarny kot dla wielu z nas nie ma żadnego źródła. Nawet ja, samozwańcza  kolekcjonerka kotów, która to ma w kolekcji aż  cztery (!) czarne egzemplarze, nie drążyłam nigdy tematu niechęci ludzkości do akurat tego koloru kociego futra. Trochę tak jak z pękniętym lustrem – każdy kto zobaczy rysę na swoim zwierciadle mimowolnie pomyśli o tych siedmiu latach czekających go nieszczęść, a nikt nie wie skąd w ogóle wzięło się to przekonanie (teraz pewnie sprawdzicie to w Googlach!). Sprawa z lustrem wciąż jest dla mnie tajemnicą, ale Tajemniczy czarny kot już nie. A to za sprawą książki Nathalie Semenuik o takim właśnie tytule. I powiem Wam, że Cierpienia młodego Wertera to przy losach czarnego kota na kartach historii spacer po parku w ciepły letni dzień. Z wizytą w lodziarni włącznie.

Dlaczego zdecydowaliśmy się na tę ruinę?

   "Kiedy chcecie się wprowadzić i czemu to będzie 2020?" - takie pytanie usłyszeliśmy od ekipy, która przyjechała wycenić zakres prac remontowych w tym naszym wymarzonym domu. Nie zrażeni wcale wciąż podchodzimy optymistycznie do spraw przeprowadzkowych. Powiedziałabym nawet, że wykazujemy się niezwykle ambitną fantazją. Mamy bowiem zamiar zdążyć na Święta Bożego Narodzenia. TEGO ROKU. I staramy się być głusi na wszelkie racjonalne powody, dla których to miałoby się nie udać! ;-)

DZIKI LOKATOR

    Mamy nowego lokatora. Wyjątkowo ekscentryczny gość. Ma irytujący zwyczaj pukania we wszystko, dziwnie szczeka i ma dość osobliwy gust kulinarny. Trzymamy dla niego robaki w lodówce, znosimy do domu kłody drewna i dzielnie znosimy wszelkie hałasy, jakie nam serwuje. Możemy mu nawet powiedzieć "Zamknij dziób". Nie obrazi się - w końcu jest... dzięciołem.

Ekspresowo spełnione marzenie



    Istotą tego posta będzie książka widoczna na zdjęciu. Nabyłam ją wraz z innymi o podobnej tematyce marząc, że kiedyś tam, w dalekiej przyszłości, za 20 lat, a może nigdy, uda mi się stworzyć małe samowystarczalne gospodarstwo w duchu slow life. Miał być dom, ogród, warzywnik, koza, trzy kury i ja, która jakimś cudem to wszystko ogarniam! (koty w tym zestawieniu nie mają racji bytu, bo to pasożyty, które oprócz kup i sierści nic nie wytwarzają). Po tym <jakże bezsensownym> wstępie najwyższa pora na puentę.  A puenta jest taka, że marzenia bywają przewrotne i czasem spełniają się piorunem. Kupiliśmy dom. Na wsi. Pod samym lasem. Z sadem. Stodołą. Kurnikiem. Serio. Zasadziłam już nawet pierwsze warzywa!

TOP 3 KSIĄŻKI

    

     Uwielbiam czytać. Kupować i dostawać książki. Wciąż rosnąca biblioteka własna to jedyne, oprócz kotów, zbieractwo na jakie sobie pozwalam. I choć przez moje ręce przewinęło się już niepoliczalnie wiele tytułów, niezmiennie od lat na mojej liście TOP książek pozostają trzy ukochane pozycje. I choć na pierwszy rzut oka wydają się one pozostawać w jednym kręgu tematycznym związanym z wojną i Zagładą to muszę Was uprzedzić, że to trzy zupełnie różne historie (a jednak tak samo wciągające!).

Małe jest piękne.

    Małe jest piękne - to powiedzenie idealnie pasuje do tego niepozornego kraju. Majestatyczne alpejskie szczyty, bajkowe zamki, ukryte forty, słynne jaskinie, wodospady i rzeki, które każdego dnia wydają się być bardziej turkusowe niż wczoraj. Do tego gdzie okiem sięgnąć tylko zieleń w tak intensywnym odcieniu, jakiego nie znajdziecie nigdzie indziej (no chyba, że w Kanadzie).

Bieszczady po raz drugi!


    Zarzekałam się, że pojadę w Bieszczady nawet przy typowo londyńskiej pogodzie i pojechałam! Mimo, że przed rezerwacją noclegu dobrze znałam wyroki pogodowe nic a nic mnie to nie obchodziło. Nie myślcie tylko, że pojechaliśmy tam z jakąś wątpliwą nadzieją na słońce. Miało lać, być zimno i świadomie przyjęliśmy to na klatę. Uzbroiliśmy się za to w ciepłe kurtki, gry planszowe, duży baniak z winem, zaległe filmy do obejrzenia, psa i... koty. Tym razem własne. I choć byliśmy w tym samym miejscu zaledwie rok temu pogoda sprawiła, że tym razem poznaliśmy Bieszczady inne. Mgliste, mroczne, magiczne.