Skalne Miasto w Czechach

    Skalne Miasto robi monumentalne wrażenie. I to dosłownie, bo to stu metrowe ściany z piaskowca wyrzeźbionego przez samą tylko naturę. A wokół piękny las, wodospady i szmaragdowe jeziora. Prawie o każdej porze roku Adrspach zachwyca: jesienią barwnymi kolorami, zimą kontrastem białych czap na szczytach skał, a wiosną - świeżością i pięknem zieleni. Piszę prawie o każdej, bo latem raczej szokuje - ilością ludzi na metr kwadratowy - dlatego najlepiej właśnie teraz, lada moment, zwiedzić to nietypowe miasto.

CHODŹMY W LAS!


     Na pewno zauważyliście ostatnio, że idę trochę w las. Zawsze miałam w tę stronę lekkie ciągoty, ale totalnie wkręciłam się po lekturze Gawędy o wilkach i innych zwierzętach Marcina Kostrzyńskiego. Książkę bardzo polecam, Marcin z lasu strącił z mojego piedestału nawet Wajraka! Pod wpływem tej właśnie książki kupiliśmy fotopułapkę i zamierzamy mocno stalkować zwierzęta w najbliższej okolicy. Na szczęście nie musimy daleko szukać, bo w stodole mieszka wiewiór, u sąsiada na styropianie śpią czasem sarny, wszędzie roi się od ptaków, a przez naszą przyszłą ulicę przemaszerowała ostatnio dziewięciosztukowa rodzina dzików (a to bardzo dobra informacja dla wszystkich, których martwił ich los!) Krótko mówiąc wszyscy tam są, tylko nas brakuje. 

O kocie, który umarł i wrócił... #6


 Dawno urwany dalszy ciąg... (nomen omen o urywaniu będzie!)

Kroniki zbrodni - nowoczesna planszówka


     O tej grze, obecnie mojej ulubionej, chciałam napisać jeszcze przed Świętami, bo moim zdaniem jest świetną opcją na prezent. Niestety dopiero teraz znalazłam czas by to zrobić, więc Wy musicie znaleźć okazję, by ją sprezentować sobie lub komuś. Kroniki zbrodni to bardzo innowacyjne połączenie gry planszowej, aplikacji i wirtualnej rzeczywistości. Uboga zawartość pudełka i konieczność wpatrywania się w telefon podczas rozgrywki wydała nam się słabą perspektywą na spędzony wspólnie czas, ale wydane uprzednio 140 złotych kazało nam dać szansę tej multimedialnej planszówce...


ŚWIĘTA W NOWYM DOMU

     Miały być wyjątkowe Święta w naszym pięknym, wyremontowanym domu, przystrojonym w duchu iście amerykańskiej świątecznej tandety, z wielkim drzewem w salonie i skarpetami na kominku. Z pompą po prostu. Pompy nie ma, zwłaszcza brakuje tej, która miała nam tę piękną chatę ogrzewać. Nie można też powiedzieć, że chata jest wyremontowana. Dach, który miał być w październiku wciąż leży w częściach na podwórku, a drzwi tarasowe zimują oparte o mur, bo są tak ciężkie, że nie byliśmy w stanie ich zatargać dalej. Wymarzony piec kaflowy stoi w przedpokoju od miesiąca, czeka na olśnienie jak go wnieść po schodach...


Szczeliniec Wielki

     To zdjęcie nie zostało zrobione w Kanadzie, ani żadnym innym Yellowstone. Nie pokonaliśmy tysięcy kilometrów żeby cieszyć oczy takim widokiem o wschodzie słońca. Ba, nawet nie przekroczyliśmy granic! Ani terytorialnych, ani wytrzymałościowych. Bo takie rzeczy czekają na Was po krótkim, nie szczególnie męczącym spacerze z parkingu, na którym zostawicie samochód. Tu w Polsce...


STARY DOM - KUPOWAĆ CZY NIE?

   Murowany, prefabrykat, stary, nowy, z kontenerów, kanadyjka, holenderski, czy z piernika - opcji na dom jest tyle, co długich lat kredytu, którym będziemy go spłacać. Oprócz oczywistej zalety tego ostatniego, wszak będziemy mogli go zeżreć kiedy już zabraknie na wszystko inne, z jedzeniem włącznie, cała reszta to długa lista "za i przeciw", które trudno jednoznacznie rozstrzygnąć na korzyść jednego z nich. Jak wiecie z poprzednich postów my długo się wahaliśmy, by ostatecznie postawić na opcję "stary dom". Teraz, w trakcie mocno zaawansowanych prac, czuję się już dość kompetentna, by głosić mądrości ludu o tym, czy to była dobra decyzja.


PIERWSZY!

    Jak to mówią "pierwsze koty psy za płoty" - po wielu miesiącach intensywnej pracy doprowadziliśmy do ładu pierwsze (PIERWSZE! ...z jedenastu pomieszczeń). I to nie byle jakie pomieszczenie, bo pokój, który docelowo będzie moją pracownią. Tym bardziej jest to satysfakcjonujące, że w większości wyremontowałam go sama. To nic, że do położenia w nim gładzi zużyłam cztery wiadra, choć facet w sklepie powiedział, że na pokój o tym metrażu wystarczą dwa. To nic, że mimo to ścianom nadal daleko do gładkości. To nic, że nie ma tam jeszcze kaloryfera, bo fachowiec, który miał nam robić ogrzewanie przestał odbierać telefon (nie czepiam się, zawsze jest opcja, że umarł, nie jego wina).  To nic, że nie ma tam podłogi czy parapetu i to nic, że pozostała część domu wciąż wygląda jak do rozbiórki...

krótki poradnik o tym jak nie spędzać urlopu


     Chorwacja - wakacyjna mekka Polaków, gdzie nasz rodzimy język (a zwłaszcza popularne słowo na K) usłyszymy częściej niż ichniejszy. A mimo to lubię ten kierunek i tego lata spontanicznie zdecydowaliśmy się na niego już po raz trzeci. Dotychczas, jako że Rudy był jedynym kierowcą, kończyliśmy na Istrii. I <choć Rudy nadal jest jednym kierowcą!>, tym razem zabraliśmy namiot, śpiwory, kuchenkę gazową i... chęć, by zobaczyć coś DALEJ. Nasze plany były grube - mieliśmy tydzień urlopu i postanowienie, by zwiedzić Plitwickie Jeziora, Trogir, Split, wyspę Brać, Dubrownik i na końcu (uwaga!) wbić jeszcze do Bośni i Hercegowiny, a tam zobaczyć sobie Mostar i Sarajewo.