Łazienka - efekt ostateczny + koszty

    Łazienka to bez wątpienia pomieszczenie, którego wykończenie najmocniej sięga do naszego portfela. Już samo jej wyposażenie wiąże się ze sporym wydatkiem, a przecież musimy ją najpierw wykafelkować! Bo to nie wanna, czy prysznic, czy nawet toaleta w zabudowie pociągnie za sobą największy koszt, tylko oczywiście robocizna za montaż tych wszystkich elementów.

Mówili, że mogę zostać kim chcę, więc zostałam... płytkarzem!


     Gdybym miała wskazać jedną jedyną rzecz, przy której udało nam się poczynić największe oszczędności metodą "zrób to sam" w całym tym remontowym przedsięwzięciu to zrobię to bez wahania - płytkowanie. Czy było warto narażać na szwank nasze strudzone, wchodzące w wiek starczy trzydziestoletnie ciała na niedogodności związane z długotrwałym przyjmowaniem pozycji skruszonego grzesznika modlącego się o odpust zupełny (i nie o naszej aktywności seksualnej tu mowa)? Trochę było. Tak na 20 kafli, co by pozostać w tej glazurniczej konotacji i jak się pewnie domyślacie nie o płytkach tu się prawi, a o dwudziestu tysiącach polskich złotych.

Nareszcie jest!

    Pokój szumnie zwany pracownią ma wymiar iście symboliczny. Po remoncie miał mi służyć do tworzenia rękodzieła, tymczasem już sam jego remont był dziełem moich własnych rąk. Od podłogi (kafelkowanie i fugowanie) po ściany i sufit (tynkowanie, gładzenie, malowanie) - wszystko tu się działo za sprawą mojej, wcale nie tak skromnej, osoby. Z pomocą Rudego (ale wciąż własnoręcznie!) zrobiłam blat roboczy i parapet. Absolutnie we wszystkim mam tu swój udział i jestem przekonana, że więcej twórczego ducha nie wpompowałabym w te ściany nawet gdybym stawiała je sama cegła po cegle. To musi być dobre miejsce do kreatywnej pracy!

BIESZCZADY - nie zawiodły po raz trzeci.

    Biesy pokochałam prawie tak jak Dolny Śląsk i tylko odległość nie pozwala mi bywać tam równie często. To właśnie tam pierwszy raz ujrzałam dziko żyjącego żubra, jednego z ledwie 1000 żyjących wówczas w Polsce i tam, brnąc w śniegu po kolana, na Tarnicę chciałam rzucić Rudego w cholerę. Za to, że mnie tam ciągnie. A potem wyznawałam mu dozgonną miłość na szczycie. Za to, że mnie tam zaciągnął.

Trochę rękodzieło, trochę IKEA.

    Trochę na wyrost i trochę buńczucznie zadeklarowałam w socjal mediach, że Sknerus, który żyje w nas nie pozwala nam wydać milionów monet na szafkę łazienkową. Rzuciliśmy więc rękawicę i jednocześnie sami ją podjęliśmy postanawiając samodzielnie wykonać rzeczoną szafkę. W tych szumnych deklaracjach nie uwzględniliśmy jednak, że oprócz wujka Sknerusa mieszka w nas jeszcze smerf  Leniuch i po kilku tygodniach zwlekania z realizacją tego przedsięwzięcia skierowaliśmy swe kroki do popularnego sklepu meblowego. Jednak nasza szafka ostatecznie jest kompilacją rękodzieła i masowej produkcji. Jak to się stało? Tak jak wszystko w tym remoncie. Przypadkiem.

Rytuał Greta Drawska, recenzja

    Jakiś czas temu zostałam poproszona przez wydawnictwo Znak o recenzję najnowszego debiutu na rynku literatury polskiej, a że jestem z polskimi autorami trochę na bakier, pomyślałam, że to... znak by w końcu dać im szansę. Książka dotarła do mnie w przededniu mojego rowerowego wyjazdu po wybrzeżu, a deadline na jej przedpremierową recenzję wypadał dokładnie w dzień mojego powrotu. Nawet ja tak szybko nie czytam, więc stanęłam przed karkołomnym wyzwaniem - bagaż, który już trzy razy przejrzałam w celu kolejnej redukcji jego objętości musiał nagle pomieścić jeszcze książkę. Owszem, nieśmiało planowałam zabrać ze sobą jakieś kieszonkowe wydanie, a tu się trafiła pełnowymiarowa kniga!

Jedziemy dalej z remontem. SALON

     O sile naszej wyobraźni i pozytywnego myślenia niech zaświadczy to zdjęcie. Zrobione w dniu kiedy to na nielegalu wkroczyliśmy do stojącego w pewnej wsi pustostanu dziś hucznie zwanego naszym domem. Jednego nie można mu jednak było odmówić - ochoczo i bez zbędnego bajdurzenia prezentował całe swoje wnętrze. Dosłownie.

BŁĘDY, JAKIE POPEŁNILIŚMY REMONTUJĄC ŁAZIENKĘ

     Jest trzecia w nocy, a ja właśnie skończyłam fugować łazienkę. Znów. Taka jestem obrotna dziewczyna, że jeszcze posta machnę, a co! Kłaść się do wyra (a raczej skurzonego materaca z jeszcze bardziej spylonym śpiworem) to już nie ma co, bo z rana trzeba zagruntować ściany przed malowaniem. A skoro już jesteśmy w tematyce snu to powiem Wam, że fuga epoksydowa to niezły koszmar!

Dolny Śląsk po raz... straciłam rachubę.

     Kocham Dolny Śląsk. Nie wiem ile razy już Wam to mówiłam/pisałam. Kocham go za Karkonosze, Góry Sowie, za tajemnice nazistów, za legendy o Duchu Gór, za Kopalnię w Złotym Stoku, za niesamowite podziemia, za klimatyczne lasy i... mogłabym tak wymieniać bez końca. Kocham za to, że jest tu co robić niezależnie od pogody i za to, że choć od wielu lat jeździmy tu kilka razy w roku wciąż nie widzieliśmy wszystkiego.


Pieniny

     Nie będę odkrywcza twierdząc, że trwająca wciąż pandemia skomplikowała wiele wakacyjnych planów. Ba, wiele z nich zmięła w kulkę i wrzuciła do kosza. Ten rok będzie zdecydowanie rokiem mikroturystyki, czyli podróżowania bliżej domu. Chociaż nasze plany zakładały wyprawę samochodem po potężny zapas gruzińskich win (najlepsze!) i jeszcze zupełnie nie wykluczyliśmy tej opcji, wszak sytuacja jest mocno dynamiczna, nie będę się czuła jakoś bardzo pokrzywdzona urlopem w Polsce. W najbliższym czasie chciałabym podrzucić Wam trochę polskich lokalizacji, co byście i Wy mogli poczuć, że to raczej szansa, a nie ograniczenie.