BIESZCZADY - nie zawiodły po raz trzeci.

    Biesy pokochałam prawie tak jak Dolny Śląsk i tylko odległość nie pozwala mi bywać tam równie często. To właśnie tam pierwszy raz ujrzałam dziko żyjącego żubra, jednego z ledwie 1000 żyjących wówczas w Polsce i tam, brnąc w śniegu po kolana, na Tarnicę chciałam rzucić Rudego w cholerę. Za to, że mnie tam ciągnie. A potem wyznawałam mu dozgonną miłość na szczycie. Za to, że mnie tam zaciągnął.

    Jako, że tym razem wyjazd zaplanowaliśmy na listopad, i dlatego, że główne szlaki były zamknięte z powodu remontu, nie robiliśmy sobie wielkich nadziei. Zwłaszcza, że akurat w każdej chwili groził nam lockdown i do dnia wyjazdu nie wiedzieliśmy czy ów się w ogóle odbędzie. A jednak się udało! Zabraliśmy planszówki, dobrych znajomych i ogromne chęci by po prostu odpocząć. Choćby wiało złem i mielibyśmy spędzić te kilka dni zamknięci w drewnianym domku z kominkiem (po raz trzeci domki Eldorado w Baligrodzie).

   Wyjazd nam się ewidentnie należał, bo pogoda była bajeczna i, choć to wydaje się nieprawdopodobne, ku Połoninie Wetlińskiej zmierzałam w krótkim rękawku! Morze mgły zapewniło wrażenie spaceru w chmurach i choć nie widzieliśmy rozciągając się poniżej dolin to i tak byliśmy tymi widokami oczarowani! Trzeci raz zawitałam w Bieszczady i kolejny raz zaoferowały coś innego niż poprzednim razem. Magia!

Więcej nie będę przynudzać, niech przemówią zdjęcia - kojarzą mi się trochę z klimatem Hobbita, czy Władcy Pierścieni oddając wiernie aurę, która nam towarzyszyła w drodze ;-)



MATCHING OUTFIT - on ma damskie czy ja mam męskie?? :))

O poprzednich razach w Bieszczadach przeczytacie tu i tu.

2 komentarze: