Jak wiecie mam pewne ograniczenia w zwiedzaniu świata wynikające z absurdalnej wizji mnie ginącej w katastrofie lotniczej. Nie wszędzie dojdę pieszo, nie dojadę rowerem czy autem, a jednak lista miejsc, które chcę zobaczyć na własne oczy wciąż rośnie. Przyznam też, że zaczęły mnie męczyć ciągnące się kilka dni podróże, co zapewne wynika z poczucia przejmującej starości, które pojawiło się tuż po przekroczeniu trzydziestki. Nieoceniona w walce z tą fobią okazała się też wrodzona pazerność, która nie pozwoliła mi zmarnować voucherów z Wizzair'a, których ważność właśnie się kończyła. I tak zaraz po Świętach, zdjęta trwogą (o szybowaniu wprost w ramiona śmierci) i zażenowaniem (bo latanie okazało się bułą z masłem) postawiłam stopę na norweskiej ziemi. A dokładniej w Ålesund, małym portowym miasteczku na zachodnim wybrzeżu Norwegii.