WYKAŃCZAMY: KUCHNIA


     To pomieszczenie już bezapelacyjnie wygrywa w plebiscycie na największą metamorfozę tego domu, mimo że nawet nie ma w nim jeszcze mebli. Co tu się podziało? Tak dużo się dzieje, że właściwsze pytanie to raczej: co tu się NIE PODZIAŁO? W zasadzie sufit wciąż jest ten sam, choć nie da się nie zauważyć, że znacząco oddalił się od podłogi. 



Tak wyglądała kuchnia w chwili zakupu, a właściwie już trochę po, bo w te wory zapakowaliśmy cały szmelc, który się w niej dotychczas znajdował.
   Jak wielokrotnie pisałam parter domu to trochę suterena - w najwyższym miejscu miał zawrotne 204 centymetry wysokości. Priorytetem było więc dla nas znalezienie sposobu na magiczne podwyższenie pokoi na dole. Jako że nie można było użyć zaklęcia i podwyższyć strop piętra, to za innym rozwiązaniem trzeba było trochę pokopać. I to dosłownie, bo zerwaliśmy istniejącą podłogę, zbiliśmy pierwotną wylewkę i dokopaliśmy się do gruntu. Wybraliśmy ziemię do połowy fundamentów, wysypaliśmy żwirem, utwardziliśmy, wylaliśmy nowy beton i chociaż potem doszła jeszcze warstwa styropianu, ogrzewanie i ostateczna wylewka uzyskaliśmy satysfakcjonującą wysokość pomieszczeń 230 cm. Nie jest to może szczyt Everestu, ale na pewno szczyt naszych możliwości, a to nam w zupełności wystarcza.

Tak to wyglądało już po skuciu warstwy kafelek. Niepokojąco nisko!
A tak kiedy zabraliśmy się do misji kryptonim "żeby Rudy nie haczył głową o lampę". Po lewej pod taczką jest reszta dawnej podłogi. Pod nią warstwa tłucznia przygotowana pod nową wylewkę.
Tutaj już po wylewce. Tam gdzie zaczyna się rama drzwi tam była kiedyś wysokość podłogi!
     Co jeszcze zrobiliśmy? Zbiliśmy tynki do gołej cegły (w gwoli ścisłości do gołego pustaka), choć uczciwie trzeba rzec, że w większości same odpadły. Na dwie ściany położyliśmy nowe tynki, dwie pozostałe przykryliśmy karton-gipsem. A kiedy ściany były golutkie jak nowonarodzone dziecię to odkryliśmy zamurowane okno, które na styl amerykański postanowiliśmy przywrócić do łask (wiecie, okno pod zlewem, na pewno kojarzycie z filmów). Styl amerykański ma jednak istotną różnicę, albowiem tam okna otwierają się góra-dół i taki zlew z baterią nie ingeruje zbytnio w użytkowanie okna. Ja natomiast już wiem (o czym nieustannie informują mnie programy, w których próbuję zaprojektować kuchnię), że owo zaklęte w ścianie okno będę musiała myć od zewnątrz, jako, że nie otworzę go na więcej niż 5 centymetrów (trza się cieszyć, że to parter!).

Tutaj jest nasz amerykański sen - okno, pod którym prawdopodobnie będzie zlew, czyniąc je bezużytecznym nieotwieralnym przeszkleniem ;-)
     Kolejną istotną zmianą w tym pomieszczeniu jest wymiana okna z drzwiami balkonowymi, które było tam dotychczas na szerokie przesuwne drzwi tarasowe i tę zmianę lubię zdecydowanie bardziej. I tak jasne pomieszczenie (strona południowa) uczyniliśmy tak jasnym, że chyba przyciemnimy je ciut czarną kuchnią ;-) Niestandardowe drzwi (niższe niż dostępne od ręki) musieliśmy zamówić na wymiar, dlatego zrobiliśmy to wcześniej. Okazało się, że za wcześnie o jakiś rok, bo kiedy przywieźli je w październiku to wstawiliśmy je w listopadzie... kolejnego roku. Facet, który miał nam je wstawić przyjechał, obejrzał, wycenił, umówił się na termin, po czym przepadł bez wieści. Potem zastała nas zima i drzwi musiały zimować oparte o stodołę, bo były tak ciężkie, że nie daliśmy rady zatargać ich dalej. Potem zaklepaliśmy termin u kogoś innego, ale niestety też przepadł - muszę jednak przyznać, że sytuacja była mocno losowa, pan trafił do szpitala, o czym nas poinformował i było mu naprawdę przykro. Postanowiliśmy ostatecznie, że jakoś wstawimy je sami. Jako, że za cholerę nie wiedzieliśmy jak wymontować z nich szyby, żeby uczynić je lżejsze, więc pozostało nam zwiększyć liczbę osób montujących, co by udźwignąć ten ciężar. Całą procedurę mamy udokumentowaną tutaj:





     Podłoga w kuchni to też ciekawa historia. Jako totalne żółtodzioby remontowe pojechaliśmy na pierwsze zakupy budowlane zaraz po wypłaceniu przez bank transzy na remont. Wyobrażacie sobie jakimi panami życia byliśmy z tą kasą? O naiwni my! Nie dość, że mając w perspektywie kapitalkę polegającą na niemal zburzeniu domu i postawieniu go na nowo poczyniliśmy takie arcyważne zakupy jak drzwi, futryny, czy panele (które później na dwa lata upchnęliśmy w garażu, bo tak długo nie były potrzebne) to jeszcze wydawało nam się, że stać nas na kafelki za 170 złotych za metr (to znaczy wydawało nam się tylko trochę, bo kupiliśmy jedynie do dwumetrowej łazienki). No krótko mówiąc w dupach nam się poprzewracało od tego bogactwa!
     Szczęśliwie się złożyło, że akurat kafelki kiedy tak sobie w tym garażu leżały to w międzyczasie sklep postanowił je wyprzedać i za te zakupione rok wcześniej trzy paczki kupiliśmy sześć tych samych (i jeszcze nam zwrócili 30 złotych!). Piękne heksagony awansowały więc do sporo większej kuchni (ale oczywiście na razie wróciły na swoje miejsce do garażu).

     No i w końcu mamy rok 2020. Przyszedł czas, by wypełniły swoje przeznaczenie. Nie było łatwo, nie obyło się bez niewinnych ofiar - zszarganych nerwów i pociętych palców, a widmo tej spektakularnej batalii my kontra gres Vesta Ethnic Hexagon będzie chronić nas przed chęcią kolejnego remontu do końca życia. A przynajmniej do nie kupowania heksagonowych kafelek. Te konkretne, które nabyliśmy były już połączone w większe ilości (dokładnie 8 sztuk), co miało zapewne przyspieszyć prace montażowe, ale w praktyce znacznie je utrudnia. Płytki minimalnie się różnią, co czyni zrobienie równej fugi niemożliwością, do tego trzeba uzupełniać pojedyncze dziury wyciętą samemu z dużej płytki mniejszą. Do tego Rudemu przeszkadzał ich przypadkowy wzór, dlatego postanowił tę pracę ekstremalnie utrudnić i układać je we wzór określony, co w praktyce sprowadzało się do tego, że musieliśmy te płytki niemal WSZYSTKIE POROZCINAĆ i układać zupełnie inaczej niż producent wymyślił.

Zamiast wklejać pojedynczy heksagon w puste miejsce, my rzeźbiliśmy je prawie od nowa.
     Potem było już jeszcze lepiej, bo (tym razem ja dla odmiany ja utrudniam) heksagony miały być tylko pod szafkami kuchennymi, potem niczym z obrazów Pinteresta miały się nieregularnie wymieniać z drewnem. Z drewnopodobnym, cholernie twardym gresem, ściśle mówiąc. Który musiał zostać docięty w... ten jakże piękny heksagonowy kształt. No ale... MAMY TO!

Najpierw trzeba było wyznaczyć linie pomocnicze. Nieoceniony do tego jest krzyżowy laser, którego zakupowi byłam przeciwna. Głupia ja, bo używamy go non stop.

Idealne wyrysowanie kształtu na drewnianym gresie było sprawą życia i śmierci. Jeśli się pomyliłam i kafelka nie pasowała to Rudy potem bardzo krzyczał ;-)
Od razu uprzedzę - nigdy wcześniej nie kafelkowaliśmy! System poziomowania glazury to chyba najlepszy wynalazek XXI wieku - nawet tacy nowicjusze jak my dają radę przykleić wszystko równo. To oszczędza czas i pieniądze. Koszty robocizny są spore, a dwa wiaderka tych wihajstrów do poziomowania kosztowały nas 100 złotych i wystarczyły na całą kuchnię o powierzchni 15m2.
Efekt końcowy jest naprawdę jak z Pinteresta!

     Muszę Wam się przyznać, że zwątpiłam w ten pomysł kiedy kafelkowaliśmy łazienkę tymi samymi drewnianymi płytkami i okazało się, że są tak twarde, że nasza mało profesjonalna maszyna do cięcia nie daje rady. Bardzo je strzępiła, łamała, wydawało mi się, że wycięcie ich w taki kształt jest niemożliwe, skoro mają problem by równo uciąć prostą linię. Rozważaliśmy już zakup takiego profesjonalnego stołu do cięcia gresu - do wykafelkowania był cały parter i skoro i tak oszczędzaliśmy na wynajęciu ekipy to mogliśmy chociaż kupić ułatwiający tę pracę sprzęt. Jednak koszt takiego narzędzia to jakieś 1500 złotych, a wujek Sknerus wciąż żyjący w nas bił nas po łapach za każdym razem, kiedy próbowaliśmy sięgnąć do portfela, by za nie zapłacić. I powiem Wam, że wciąż jestem pod ogromnym wrażeniem tego, czego dokonał Rudy. Dociął te płytki zwykłą najzwyklejszą kątówką, którą mieliśmy na stanie. No szacun! Naprawdę nie wierzyłam w ten projekt, byłam gotowa go porzucić, a teraz mam najładniejszą podłogę na świecie i wiem, że żaden fachowiec, by mi tego nie zrobił lepiej niż krzyczący na mnie co rusz Rudolf, że mu źle linie wyrysowałam!



Tak się prezentuje kuchnia na ten moment.
Tureckie płytki pod szafki, drewno w części jadalnej. Tyle wiemy, reszta pozostaje tajemnicą nawet dla nas ;-)
     Nie, nie zobaczycie w tym poście efektu finalnego. Strategicznie stopniuję napięcie. A tak naprawdę to pojawiły się pewne komplikacje, w związku z tym, że to okno na środku niepraktycznie warunkuje umiejscowienie zlewu, a drzwi tarasowe mogłyby być ciut węższe, bo z wielkiej kuchni nie zostaje za dużo miejsca na meble - krótko mówiąc nie mamy pomysłu na ustawienie szafek, zwłaszcza, że musimy tu upchnąć pralkę, na którą nie ma miejsca w łazience :) Do tego Ikea zamknięta, więc znikąd pomocy. Pewnie nie bez znaczenia jest też fakt, że konto podczas remontu pustoszeje jak galerie w czasie kwarantanny. Ale bądźcie czujni, w następnym odcinku łazienka!

4 komentarze:

  1. Widać zmiany. A jak z połączeniem różnych płytek, nie mieliśmy problemów z różnymi poziomami?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Grubość płytek jest taka sama. Po ułożeniu podłogi z heksagonów układaliśmy drewnopodobne tam gdzie się skończyły heksagonalne, zachowując ciągłość powierzchni. Problemem mogą być płytki pod kominkiem w salonie. Staraliśmy się ułożyć je na grubość paneli, ale czy się udało okaże się kiedy położymy panele :)

      Usuń
    2. A jakoś próbowaliście je specjalnie łączyć ze sobą? Tzn czy dawaliście jakieś łączniki?

      Usuń
  2. Czytałam już wcześniej o Waszym pogłębianiu pomieszczenia, ciekawa jestem jak będzie to wszystko wyglądało na gotowo.

    OdpowiedzUsuń