Z krótką wizytą w krainie trolli

     Jak wiecie mam pewne ograniczenia w zwiedzaniu świata wynikające z absurdalnej wizji mnie ginącej w katastrofie lotniczej. Nie wszędzie dojdę pieszo, nie dojadę rowerem czy autem, a jednak lista miejsc, które chcę zobaczyć na własne oczy wciąż rośnie. Przyznam też, że zaczęły mnie męczyć ciągnące się kilka dni podróże, co zapewne wynika z poczucia przejmującej starości, które pojawiło się tuż po przekroczeniu trzydziestki. Nieoceniona w walce z tą fobią okazała się też wrodzona pazerność, która nie pozwoliła mi zmarnować voucherów z Wizzair'a, których ważność właśnie się kończyła. I tak zaraz po Świętach, zdjęta trwogą (o szybowaniu wprost w ramiona śmierci) i zażenowaniem (bo latanie okazało się bułą z masłem) postawiłam stopę na norweskiej ziemi. A dokładniej w Ålesund, małym portowym miasteczku na zachodnim wybrzeżu Norwegii.


    W odpowiedzi na moje instagramowe relacje z dziewiczego lotu zasypałyście mnie wiadomościami, że macie podobnie i że jesteście bardzo ciekawe jak udało mi się pokonać lęk. A mój lęk był srogi, bo na samą myśl, że znajdę się tak wysoko nad ziemią przyspieszał mi puls i robiło się niedobrze. Skąd to się wzięło nie wiem, bo nigdy nie latałam i nie miałam za sobą żadnych nieprzyjemnych doświadczeń. Po prostu wciąż wyobrażałam sobie, że samolot spadnie i unikałam opcji urzeczywistnienia tej wizji przez 15 lat. Aż w końcu, z powodów wymienionych powyżej, wsiadłam do tej cholernej maszyny, która według mojego mniemania miała mnie przenieść na tamten świat.

     No i przeniosła. Do świata, w którym po dwóch godzinach i za 150 złotych znalazłam się prawie pod kołem biegunowym, a w świecie, w którym dotychczas trwałam jak ostatni frajer pojechałabym za to do Kluczborka. Najwyżej. No i sam lot okazał się taki... zwyczajny. Przy starcie z paniki prawie odcięło mi dopływ tlenu, ale po kilku sekundach (tyle bowiem trwało to mrożące krew w żyłach traumatyczne przeżycie) zdałam sobie sprawę, że straszniej było na rollercoasterze w Legendii. Wyobraźcie sobie, że po osiągnięciu wysokości przelotowej nikt nie musiał mi podać zastrzyku na uspokojenie i nie zapięto mnie w kaftan. Nawet się zdrzemnęłam! I nie, nie byłam otumaniona %, co miałam w planie awaryjnym, bo lecieliśmy o 6 rano, a wtedy myśl o alkoholu powoduje u mnie torsje silniejsze niż ten paranoiczny strach przed śmiercią.


  


Strasznie tu dużo tego brzydactwa. Norwegowie bardzo wierzą w trolle i wszelkiego rodzaju złożliwe gnomy ;-)



     Co zaś mogę powiedzieć o samej Norwegii? Wróciłam z poczuciem niedosytu, bo w sumie niewiele zobaczyłam. Trzydniowy pobyt w kraju, gdzie jasno jest od 10 do 16 to zdecydowanie za krótko. A to "jasno" to też niedopowiedzenie, bo jest tak szarawo i wciąż masz wrażenie jakby zaraz miało zajść słońce. Do tego Ålesund  słynie z tego, że jest deszczowe i faktycznie deszcz pada tu prawie non stop, przez co spędzanie czasu na otwartej przestrzeni jest tak po prostu nieprzyjemne. A i słynne fiordy, które tak chcieliśmy zobaczyć wciąż spowijała mgła. Warto wybrać się na spacer po mieście i do Oceanarium. Na tyle nam akurat starczyło dnia, mimo że przylecieliśmy o 8 rano. Nie jestem fanką miejsc, w których przetrzymuje się dzikie zwierzęta ku uciesze gawiedzi, nie chodzę do zoo i nigdy nie odwiedzę delfinarium. Kiepska pogoda, chłód i trochę chęć zobaczenia pingwinów wygrała w tym wypadku z sumieniem, zwłaszcza, że choć oceanarium jest imponujących rozmiarów, nie przetrzymuje się tu dużych ryb morskich, a część zwierząt, które tu zobaczycie i tak nie mogłoby wrócić na wolność, jak na przykład trzy osierocone wydry wychowane przez człowieka i totalnie oswojone.







Wioska pingwinów



     Dzięki tej krótkiej degustacji kraju wiem jednak jak przygotować się na kolejny wyjazd, a trzy dni to na szczęście za mało, żeby pójść z torbami. A zbankrutować w tym kraju Polakom jest naprawdę łatwo. Wiedzieliśmy, że Norwegia jest droga, a mimo to ceny na miejscu nas zaskoczyły. Budżetowy wyjazd, który miały nam zapewnić tanie loty (150 złotych) i tani nocleg (300 za trzy doby) umarł pierwszego dnia po wizycie w supermarkecie. Najbardziej zbulwersowała mnie chyba cena Coca Coli (16 złotych za 1,5l!!), ale dalej nie było lżej. Kilo cebuli 30 złotych, mały chleb 12, 100 gram sera 12, szynka 13. Za podstawowe produkty, którymi mieliśmy się żywić przez dwa dni zapłaciliśmy 240 złotych, za mrożoną pizzę i Pepsi 45, a za szejka w piekarni "jedynie" 26. Typowo norweskie pamiątki, czyli wełniane swetry kosztują średnio 400-500 złotych, magnesy 30.
      Kolejna sprawa, która zwiększa koszty zwiedzania to przeprawy promowe. Region, w który się wybraliśmy to same wyspy, po których trzeba się poruszać z pomocą promów właśnie. Koszt przeprawy w jedną stronę to około 60 złotych. Mapy Google pokazują je jako trasy bezpłatne, ale na każdej z nich pobierana jest opłata od samochodu i ilości pasażerów.
    Przy tak krótkim dniu wszędzie trzeba dojeżdżać po ciemku, po to by maksymalnie wykorzystać słońce na zwiedzanie. Jeden dzień to tak naprawdę jedna atrakcja, więcej trudno byłoby zmieścić, zwłaszcza, że wszystko jest od siebie oddalone, a drogi są kręte, strome i oblodzone. No i ceny niektórych atrakcji przyprawiają o zawrót głowy. Na przykład wjazd kolejką linową Loen Skylift w obie strony to koszt 190 złotych od osoby.




Norwegia to bardzo ekologiczny kraju, niemal co drugi samochód na ulicy jest elektryczny i w wypożyczalniach też jest ich spory odsetek. My zdecydowaliśmy się na hybrydę i powiem Wam, że to moje marzenie - ze wsparciem elektrycznym momentami spalał na trasie tylko dwa litry benzyny! Do tego w automacie <3 Wynajem auta w Norwegii też nie należy do tanich. Wraz z ubezpieczeniem kosztował ok. 500 złotych plus napełnienie baku do pełna przed odstawieniem z powrotem. Jako, że nasz samochód spalał niewiele kosztowało nas to "jedynie" 190 złotych.
     Długość naszego pobytu i ulewny deszcz pozwoliły nam zaledwie na zwiedzanie okolicy, ostatniego dnia udało nam się jednak dotrzeć na lodowiec Jostedalsbreen i była to nasza najdłuższa wyprawa. Sam spacer to zaledwie 12 kilometrów, ale zimą wiele szlaków i dróg jest zamkniętych, dlatego wycieczkę uznaję za sukces ;-) Jeśli nie musicie, nie wybierajcie się do Norwegii zimą, bo choć i wtedy jest to piękny kraj to podejrzewam, że wiosną i latem można się w nim zakochać mocniej. W grudniu szanse na zorzę polarną, którą tak pragnęłam zobaczyć są minimalne, dlatego moje następne odwiedziny kraju trolli i gnomów odbędą się w marcu albo we wrześniu.






     W samej organizacji wyjazdu też nie zabrakło dreszczyku emocji, bo kiedy w końcu kupiliśmy bilety lotnicze i chciałam zarezerwować obserwowany od kilku dni na booking.com nocleg na kempingu (600 złotych za trzy doby to wierzcie mi rozsądna cena w tym kraju) okazało się, że ktoś mnie właśnie ubiegł i pozostawała jedynie opcja za 1200. W takiej sytuacji już chyba wolałabym odpuścić wyjazd i zmarnować bilety, ale na szczęście istnieje jeszcze AIRBNB. Nie wiem czy słyszeliście o tym serwisie, jeśli nie, koniecznie go zapamiętajcie! My korzystaliśmy pierwszy raz i na pewno będzie tego więcej. Na airbnb prywatni właściciele mieszkań czy domów udostępniają swoją przestrzeń dla turystów. Czasem jest to pojedynczy pokój, czasem mały domek letniskowy, dobrze zaadaptowane mieszkanie w piwnicy, czy, tak jak było w naszym przypadku, stodoła. Tak, dobrze przeczytaliście, mieszkaliśmy w stodole! ;-) Torsten i Astrid, nasi gospodarze, udostępniają przystosowany do celów mieszkalnych kawałek swojej stodoły. Jakkolwiek to brzmi w środku znaleźliśmy wszystko czego potrzebowaliśmy, czyli łóżko, pościel, ręczniki, aneks kuchenny, łazienkę z ciepłą wodą i grzejnik elektryczny, w który bardzo wątpiliśmy, a który dawał radę tak mocno, że musieliśmy go w nocy przykręcać, bo nie dało się spać. Zresztą zaletą miejscówki, o której piszę wcale nie jest niska cena, lokalizacja zaraz przy fiordzie, czy obecność najpotrzebniejszych rzeczy. Bezcenni są tutaj gospodarze, czyli właśnie Astrid i Torsten oraz ich urocza córeczka Hana (i ich 5 kotów of kors!!). Torsten zaraz po naszym przyjeździe zaprosił nas na kolację do domu, a kiedy usłyszał, że nie jem mięsa otworzył lodówkę i kazał się rozgościć. Do wieczora wraz z żoną raczył nas opowieściami, odpowiadał na każde nasze pytanie o atrakcje regionu, a Hana ograła nas w grę planszową. Mimo, że mój angielski jest cienki jak modelka na diecie wacikowej to był to naprawdę miło spędzony czas, czuliśmy się jak w odwiedzinach u znajomych, a nie u zupełnie obcych ludzi, do tego obcokrajowców. Jeśli będziecie w pobliżu Ålesund koniecznie ich odwiedźcie (szczegóły noclegu znajdziecie tutaj)!

Tutaj jest link przez który rezerwując pobyt otrzymacie 138 złotych zwrotu kosztów (ja też coś wtedy dostanę, dlatego częstujcie się śmiało ;-)

2 komentarze:

  1. Zazdroszczę Ci tego wyjazdu, co za przepiękne widoki!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja uważam, że kocięta jako pupile są całkiem przyjacielskie. Tym bardziej, że ja także posiadam u siebie ładnego kota. Strasznie podoba mi się to co napisano w http://kotkot.pl/przygarniamy-kota-jaka-rasa-bedzie-odpowiednia/ i jestem zdania, faktycznie tak jest często. W sumie koty są całkiem popularnym zwierzakiem domowym.

    OdpowiedzUsuń