O tym jak zostałam prawdziwym majtkiem!

     Byłam w Chorwacji w zeszłym roku, byłam trzy i pięć lat temu. Jako, że w pozostałych miejscach na świecie byłam... nigdy, wydawał się to kierunek najmniej prawdopodobny na  kolejny urlop. A jednak kiedy padła taka propozycja, i to ledwie dwa tygodnie przed terminem wyjazdu, nie wahałam się ani chwili. No bo co innego zobaczyć kraj o własnych nogach, a co innego spojrzeć na niego z perspektywy morza i klimatycznych marin, w których mieliśmy się zatrzymywać. No właśnie, bo tym razem miała to być podróż łodzią! 

     

    Co ciekawe, mimo, że nasza załoga składała się w całości z Polaków wciąż podczas rejsu towarzyszył mi obcy język i to bynajmniej nie chorwacki. "Fordewind", "zwrot przez sztag", "muring", "knaga", "bakista" to słowa, które wciąż rozbrzmiewały gdzieś w tle, a ja dowiedziałam się, że Kabestan to nie jest nieznana mi miejscówka w Azji Środkowej, a "puścić pieski" to wcale nie jest hasło do odpięcia psów ze smyczy.




   Taki wyjazd wiązał się też z pewnym niebezpieczeństwem, i wcale nie tym najbardziej oczywistym, czyli utonięciem. Mieliśmy bowiem spędzić siedem dni ściśnięci jak sardynki (co by pozostać w morskiej terminologii) na powierzchni trzy metry na dziesięć. W sześć osób. Żeby było jeszcze bardziej ryzykownie kompletnie mi nieznanych. Rudy co prawda znał dwie z nich, ale raczej przelotnie i trudno mu było stwierdzić, czy będzie to ekipa, z którą się spasujemy. Żeby jeszcze utrudnić wspólne funkcjonowanie na tej mocno ograniczonej przestrzeni na miejscu okazało się, że dołącza do nas siódma osoba, facet z Londynu, którego nie znał zupełnie nikt. Jako, że do dna było średnio 65 metrów głębokości, a do lądu ze 3 kilometry płynięcia wpław nagła ewakuacja z jachtu nie wchodziła w grę. Mogliśmy się co najwyżej pozabijać.

           

    Na szczęście wszystkie moje obawy były niesłuszne, bowiem facet z Anglii okazał się być sympatycznym Polakiem, a cała ekipa, mimo różnic wiekowych (i mimo głuchego skippera) stała się na te siedem dni zgraną załogą. Wzięty zapobiegawczo zapas Aviomarinu też szczęśliwie okazał się być niepotrzebny, a ja nie musiałam gromadzonych nieustannie przeżyć zwracać wprost do morza ;-)



    Pewnie jesteście ciekawi jak wygląda taki jacht od środka (ja w każdym razie byłam!). I chociaż oglądałam go na zdjęciach w Internecie trochę rozczarowałam się jego rozmiarami miejscu. Gdybym mogła, następnym razem poprosiłabym o ciut szerszy, tak żeby nie ocierać się o ludzi przy wymijaniu się na schodkach :-)
 
Główne pomieszczenie (a właściwie jedyne nie licząc wątłych kajut) to Kambuz (kuchnia!) wraz z miejscem do jedzenia, a także (po złożeniu stołu) do spania. Lodówka widoczna w lewym dolnym rogu to studnia bez dna, w której znalezienie masła wiąże się z wyjęciem niemal wszystkiego. Fajnie rozwiązana jest sprawa kuchenki, która buja się w rytmie fal, więc nawet przy sztormie jest szansa na ugotowanie obiadu.
Tak wyglądała nasza koja. Przy tej okazji mam dla Was protip na przyszłość - jak przyjdzie Wam spać w takim miejscu koniecznie uchylcie okienko. Pierwszej nocy tego nie zrobiliśmy i tak sobie nachuchaliśmy na sufit, że rano kapało nam na głowy! Na łodzi wilgoć zbiera się wszędzie, więc konieczna jest wentylacja.
Łazienka to taka niezbyt wielka szafa. W przedostatni dzień zepsuła się toaleta, co jest w takiej sytuacji katastrofą, albowiem wiąże się z wyprawą pontonową na ląd w razie grubszej potrzeby ;-)

     Przy okazji tego wyjazdu martwiła mnie jeszcze jedna kwestia. Pogoda. Chorwacja to nie są takie znowu ciepłe kraje, żeby w październiku spodziewać się żaru z nieba. Noce są chłodne, a woda w morzu zdąży się już ostudzić po lecie, dlatego (zakładając jeszcze, że całe dnie spędzę na wietrze) obawiałam się, że będę zwyczajnie marznąć. Na szczęście i tutaj obawy okazały się bezpodstawne, bo w ciągu dnia było naprawdę przyjemnie, było ciepło, ale nie upalnie, co akurat dla mnie jest zaletą, bo gotować się na słońcu nie lubię. Woda okazała się na tyle ciepła, że wciąż można było ponurkować, choć po 40 minutach pływania można się już było trochę wyziębić. Noce też okazały się być znośne na tyle, że farelka, którą mieliśmy w zapasie nie poszła w ruch ani razu.





    Dziś mogę śmiało powiedzieć, że październik to idealny czas na późne wakacje w Chorwacji. Wciąż jest ciepło, ceny są niższe (wynajem jachtu kosztował nas 50% taniej niż w sezonie), a turystów jest już naprawdę niewiele, co ucieszy tych, którzy nie lubią tłumów. Konoby wciąż są czynne do późna, ale straganów z pamiątkami jest już mało, co akurat jest wadą dla takiego amatora paści jak ja.



     

     Pierwszy raz w życiu miałam też okazję zatrzymywać się w marinach, które akurat o tej porze roku w większych miejscowościach wciąż tętnią życiem. To są naprawdę klimatyczne miejsca, w nocy pełne śmiechów, żartów opowiadanych w różnych językach i brzdęków gitary. Zwłaszcza kiedy trafisz do portu, w którym akurat nocują ekipy z regat i idąc wieczorem pod prysznic przyjdzie Ci się napić z każdą z nich.


    I mimo tego, że alkohol leje się tam grubo wszyscy są wciąż na tyle przytomni, żeby ruszyć z pomocą, gdy trzeba. Zdarzyło się raz, że nasz skipper spadł wieczorem z trapu wprost do wody i sąsiednie łodzie od razu ruszyły mu na ratunek. Chociaż wydostał się o własnych siłach to zgubił w wodzie klapki i bardzo upierał się, by je wyciągnąć. Świeciliśmy latarkami próbując je zlokalizować w czarnej wodzie i wtem przybiegł bardzo zaaferowany Niemiec z wielkim szperaczem by wspomóc poszukiwania. Chyba myślał, że skipperowi wypadł z kieszeni portfel albo telefon. Nie mieliśmy serca powiedzieć mu, że chodzi o zwykłe tanie lacie...



"Żagle pójdą w górę, wiatr mnie pogna w przód
I przez morza mnie powiedzie,Ty zostaniesz tu." - fragm. piosenki żeglarskiej
 Ps. Swoją drogą wiatr nas nieszczególnie pognał przez te morza, zdecydowanie za często woda wyglądała jak wyprasowana żelazkiem (flauta!! kolejne nowe słowo przywiezione z wakacji).


Wyprawa na ląd odbywała się tylko z dwóch powodów - albo brakło piwa, albo patrz podpunkt z zepsutą toaletą ;-)


Akurat załapaliśmy się na regaty Crocsa ;-)





     Na koniec zostawiam perełkę. Ten samochód chyba niedługo będzie mógł poszczycić się własnym albumem z wakacji. Na niemal każdym wyjeździe psuje się w ten czy inny sposób. Czasem tylko straszy, czasem jest to poważna awaria jak tym razem. W drodze do Chorwacji, dosłownie dwie godziny od celu pękł wężyk paliwa. Sobota wieczór, najbliższy warsztat 30 kilometrów dalej, wg Google i tak zamknięty o tej godzinie. Na szczęście uprzejmy facet na stacji benzynowej zadzwonił po tego oto magika. Kiedy zjawił się zwykłą osobówką (bez lawety!) wyciągając z bagażnika skromną torbę z narzędziami byliśmy załamani i pewni, że tracimy czas. Tymczasem koleś w pół godziny naprawił usterkę i pojechał. A my na tej prowizorce dojechaliśmy do Chorwacji, wróciliśmy do Polski i, jak to bywa z prowizorkami, jeździmy do dziś ;-)


4 komentarze:

  1. Super wyprawa 😆 łazienka epicka nawet chciałabym chyba taka dla samej siebie bo u mnie zawsze kolejki a niby tylko 3 osoby i 11 kotów...
    A właśnie. Koty się obraziły? 😜

    OdpowiedzUsuń
  2. Oj, nie wiem czy byś chciała :D A czemu się miały obrazić?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Że nie było jedynej i słusznej osoby do otwierania puszek :P

      Usuń
  3. Wow świetnie relacja z wyjazdu zachęca bardzo do tego typu wypadów. Ciekawa jestem jaki jest koszt takiej wyprawy właśnie po sezonie, wynajem jachtu i pozostałe koszty "stałe"... nie licząc może jedzenia bo to każdemu wyjdzie inaczej...

    OdpowiedzUsuń