PODLASIE, kraina z memów


     Województwo podlaskie w ostatnim czasie stało się bardzo popularne, głównie za sprawą memów, które wyprzedziły nawet te o Sosnowcu. Bieda, alkoholizm, zacofanie, prawo jazdy robione na koniu - tego wszystkiego akurat tutaj nie doświadczycie wbrew internetowym zapowiedziom. Podlasie to piękne zielone krajobrazy, lasy, rzeki i wielkie rozlewiska, które są domem dla masy zwierząt. To właśnie tu rządzi łoś, który znalazł w tych lasach ratunek przed zupełnym wyginięciem (obecna populacja łosia istnieje dzięki zaledwie kilkunastu sztukom, które przetrwały II wojnę światową). To tu mieszka bóbr, gronostaj, no i przede wszystkim żubr - prawdziwy król Puszczy Białowieskiej.


 
   I to wszystko można mieć tu na wyciągnięcie ręki, ale tylko... o odpowiedniej porze roku! Zaaferowana mnogością szans na niesamowite rendez-vous z dzikim zwierzem niestety nie uwzględniłam okoliczności przyrody, jakie prawdopodobnie zastaniemy na miejscu. A sierpień to już czas kiedy bociany biorą azymut na Afrykę, a po upalnym lecie po rozlewiskach i moczarach pozostają tylko suche jak pieprz łąki.
 

 

    Jeśli więc chcecie poznać Podlasie w jego szczytowej formie, wybierzcie się tam na wiosnę, najpóźniej z początkiem maja. Wtedy nad brzegiem Biebrzy swoje nieme spektakle godowe odgrywają piękne bataliony, a łosie przychodzą tłumnie obżerać się kaczeńcami. Oczywiście nie muszę chyba wspominać, że na te widoki trzeba się wybrać o świcie?
    Same rzeki też wówczas wyglądają inaczej, ich koryta wylewają i woda rozlewa się po łąkach, docierając aż pod niektóre domostwa. Pod koniec lata koryto rzeki jest wąskie, a stan wody niski. Marzył mi się spływ Biebrzą i zaplanowaliśmy go na kilka dni, niestety po dwóch już byliśmy tą rzeką znudzeni. Słaby nurt (naprawdę słaby, widywaliśmy na trasie ludzi płynących pod prąd z takim samym wysiłkiem jak przy płynięciu z prądem) i monotonny krajobraz (szuwary, szuwary, szuwary) skutecznie odwiodły nas od dalszego zwiedzania Podlasia kajakiem i trzeciego dnia zeszliśmy na stały ląd. Podróż drogą wodną dokończymy kiedyś wiosną ;-)



Bardzo popularne nad Biebrzą są spływy tratwą, którą na noc można zmienić w domek do spania. Można sobie tam grillować, czy podziwiać widoki z dachu. Sami byśmy się na taką skusili, gdyby nie jej zawrotna prędkość. Wyprzedzani przez nas ludzie szacowali ją na jakiś kilometr na dwie godziny.

Nocleg nad samą rzeką ma pewne wady, zwłaszcza wszechobecną wilgoć i chłód, ale mglisty świt to piękny widok ;-)

     Na Czerwone Bagna wybraliśmy się już na własnych nogach, by po pokonaniu dwudziestu kilometrów... się na żadne bagna nie natknąć (patrz argumenty powyżej). Drewniane kładki, które mają nas prowadzić po moczarach wiszą sobie nad suchutką trawą (a ja naiwna zastanawiałam się, czy kalosze brać! :-) a niektóre ścieżki są naprawdę mocno zarośnięte i trudno się po nich poruszać.

 

    Niezrażeni wcale kontynuowaliśmy zwiedzanie atrakcji Podlasia. Na naszej liście, właściwie przypadkowo, znalazła się Carska Twierdza Osowiec wybudowana za Cara w XIX wieku. Położona w samym środku bagien biebrzańskich (bagien, haha!), jeszcze po 120 latach robi wrażenie i jest świadkiem potęgi carskiej Rosji. Twierdza bowiem, jako jedna z nielicznych na świecie, nigdy nie została zdobyta, a jej obrona w 1915 roku przeszła do historii, stąd porównana została z działaniami wojennymi w 1916 r. pod Verdun we Francji. 





 

    Cały kompleks składa się z czterech obiektów, trzy z nich można zwiedzać samodzielnie (a właściwie nie można zwiedzać wcale, bo są mocno zrujnowane i wiszą na nich zakazy), a czwarty znajduje się na terenie działającej bazy wojskowej, dlatego wstęp jest możliwy tylko z przewodnikiem i tylko za okazaniem dowodu osobistego wydanego w Polsce (to ważne, bo bez dokumentów nie można tam wejść, a obcokrajowcy muszą wystąpić wcześniej o specjalne zezwolenie).






     Dwa obiekty do zwiedzania na dziko znajdują się blisko siebie, nad samą rzeką, natomiast do trzeciego musicie się wybrać przez las. Ten trzeci robi chyba największe wrażenie, zwłaszcza, że wielki kawał betonu został po prostu wchłonięty przez las, a we wszystkich możliwych otworach zwierzęta zrobiły sobie pancerne zbrojone nory!


 




     Bardzo ciekawa jest za to architektura w tym regionie, niezależnie od pory roku. Podlasie bowiem to miejscami żywy skansen, gdzie czas stanął w miejscu, a zabudowa przypomina nam minione wieki. Przoduje w tym temacie Kraina Otwartych Okiennic, która obejmuje kilka wiosek w sercu województwa: Trześciankę, Puchły i Soce (choć moim zdaniem w pobliskich Ciełuszkach jest jeszcze bardziej kolorowo).
















       


    Zachwycają też tutejsze drewniane cerkwie, bardzo kolorowe, zadbane i zdobne. Wszystkie nadal żywe i wykorzystywane, bowiem prawosławie na Podlasiu kwitnie. W praktycznie każdej wiosce spotkacie taką budowlę. Kilka z nich jest niezwykle kolorowych i wartych odwiedzenia. Najładniejsza jest moim zdaniem niebieska cerkiew w Puchłach i zielona w Trześciance. Niestety rzadko kiedy jest okazja obejrzeć je od środka, zwykle one wszystkie są niedostępne dla zwiedzających.
 





    Podlasie jest przede wszystkim bardzo bogate kulturowo i religijnie. Jest tutaj najstarszy w Polsce meczet, a znajduje się on w prawdziwej tatarskiej wsi! Kruszyniany, bo o nich mowa, to wieś niezwykła, w której obok siebie mieszkają sobie spokojnie muzułmanie, prawosławni i katolicy. I, co ważne, żyją w zgodzie i wzajemnym szacunku. Śmieją się tylko, że przez to wszystko nie mają kiedy pracować, bo ciągle wypadają jakieś święta w ich wyznaniach, a nie wypada pracować w święto sąsiada ;-) Nikt też nie obraża się kiedy na grobie Tatara sąsiad katolik zapali znicz, wiedzą bowiem, że to wyraz szacunku i pamięci.



    W niewielkim zielonym meczecie posłuchacie opowieści prawdziwego Tatara. Tatara, którego żona i córka jest katoliczką, a syn muzułmaninem (i na taki deal umówili się jeszcze przed ślubem!!). Dowiecie się też jakie są muzułmańskie święta, jak wyglądają kościelne uroczystości, czy codzienne życie. Warto posłuchać o różnicach między naszymi religiami (np. muzułmańskie kobiety nie mogą uczestniczyć w pogrzebach, ponieważ kobieta daje życie i nie powinna być obecna przy śmierci) i dowiedzieć się, że dla muzułmanów najważniejszą walutą są słodycze (prawie tak jak dla mnie!)

    Muzułmanie przed wejściem do meczetu zdejmują obuwie i Wy też musicie je ściągnąć. Co ciekawe, w meczecie nie ma żadnych wizerunków świętych, ale na ścianach są wypisane wersety Koranu w języku arabskim. Sala modlitewna pozbawiona jest mebli, nie ma też ławek dla wiernych. Co więcej, szariat nakazuje, by kobiety i mężczyźni modlili się osobno w meczecie, dlatego w świątyni jest osobna salka dla kobiet oddzielona firaną.

    Warty odwiedzenia jest też Mizar, muzułmański cmentarz położony w klimatycznym starym lesie. Wszystkie nagrobki są tam skierowane w jedną stronę (do Mekki). Każdy grób wieńczy tablica inskrypcyjna z wyżłobionym na górze półksiężycem i gwiazdami. Nie ma sztucznych kwiatów ani zniczy (no chyba, że postawi je sąsiad!).



   
    Później możecie zjeść w Tatarskiej Jurcie, która oferuje prawdziwe tatarskie dania. Spróbować można pieremiaczy, trybuszoków, kibinów czy cebulników. Ja jako najmniej otwarta na degustacje obcych smaków, do tego niejedząca mięsa, z powodu ssącego głodu i braku alternatywy zmusiłam się do spróbowania tatarskiego zawijańca (mięso wołowe zawinięte w ciasto makaronowe) i muszę Wam się przyznać ze wstydem, że było smaczne.

Tak mniej więcej wygląda prawdziwa tatarska jurta, w której żyją Tatarzy.

     Będąc jeszcze w temacie różnorośności religijnej warto wspomnieć o pustelni dla mnichów, która znajduje się właśnie na Podlasiu. Skit Świętych Antoniego i Teodozjusza Pieczerskich w Odrynkach to jedyny w Polsce prawosławny skit, w którym na stałe mieszka trzech mnichów. Znajduje się na mini wysepce położonej na rozlewiskach Narwi, a ze wsią Odrynki jest połączony drewnianą kładką (choć jak się domyślacie nie widzieliśmy żadnej wody, co najwyżej morze...trawy). Mieszkańcy skitu są samowystarczalni, zajmują się uprawą, mają nawet swoje własne pasieki. Mimo, że "pustelnia" brzmi jak coś zamkniętego na świat, mnisi są bardzo otwarci, sami wychodzą po turystów na parking i chętnie opowiadają o swoim życiu.  Co ciekawe, nie ma opłat za wstęp, są tylko dobrowolne datki lub zakupy w ich sklepiku (i wcale nikt tam do sypania kasą nie namawia).

    





     


     Wciąż pozostając w kręgu wiary pozostaje mi jeszcze powiedzieć Wam o pewnym mistycznym miejscu, które postanowiliśmy zobaczyć za sprawą zasłyszanej w okolicy legendy. Góra Garbarka to cel pielgrzymek prawosławnych wiernych. Góra  ta zasłynęła w 1710 roku, kiedy w okolicznych wsiach epidemia cholery zbierała ostre żniwo. Wówczas pewnemu człowiekowi przyśnił się sen, w którym usłyszał, że ratunek od śmierci może znaleźć właśnie na tej górze. Niewiele myśląc ruszył tam z samego rana, a za nim ruszyło wiele osób. Nieśli ze sobą krzyże, które później wbili na samym szczycie. Przy wejściu na górę znajduje się źródełku, w którym mieli się obmywać i żarliwie modlić. Według kronik wyzdrowiało wtedy około 10.000 osób. Miejsce to obecnie za sprawą ilości krzyży, które wciąż przynoszą ze sobą wierni jest trochę creepy, ale warto je odwiedzić będąc w okolicy.





    W drodze powrotnej do domu nadłożyliśmy trochę kilometrów jadąc wzdłuż białoruskiej granicy i muszę Wam powiedzieć, że jestem zdziwiona dobrostanem tamtejszych gospodarstw. Spodziewaliśmy się biedy i zacofania (wiecie, to te memy), a mijaliśmy zadbane domy i wielkie budynki gospodarcze. Prawie nie mogłam uwierzyć kiedy patrzyłam na wielkie pastwiska, na których swobodnie pasą się krowy, co wydawało mi się już w Polsce niemożliwe. Pogawędziliśmy sobie nawet z jednym gospodarzem, który dumnie pokazał nam swoje stado i przyznał, że takie hodowle to raczej dziś hobby, bo nie mogą konkurować z przemysłową produkcją.


Na koniec trochę wiadomości organizacyjnych. 


Jak już pisałam na początku pamiętajcie, by na Podlesie wybrać się koniecznie wiosną! 

Jeśli chodzi o zaplecze turystyczne Podlasia to jest nieźle. Płynąć Biebrzą znaleźliśmy nawet uroczą agroturystykę na trasie, być może kiedyś z niej jeszcze skorzystamy. Zostawiam link, bo domki wyglądają super.



tak kiedyś będę mieszkać!! :)
     My polubiliśmy się mocno z kempingami, więc postawiliśmy na namiot. Skorzystaliśmy z oferty Biebrza Safari, zarówno w kwestii wypożyczenia kajaku, jak i pola. Pan Mirosław bardzo chętnie opowiada o okolicy, doradza co, gdzie, jak. A przede wszystkim jego kemping ma zaplecze kuchenne (piec, garnki, czajnik, naczynia), no i przyzwoitą jak na polskie standardy łazienkę, a nawet saunę. Zaznaczam to dlatego, że polskie kempingi to na razie lekki koszmarek, a nad samą Biebrzą spaliśmy jednej nocy na kempingu, który był WIELKIM KOSZMAREM, z toaletą, która była obsraną dziurą w ziemi i tysiąc razy  bezpieczniej było pójść po ciemku do lasu niż odważyć się z niej skorzystać. Niestety taki mniej więcej mają standard kempingi wzdłuż Biebrzy, warto uwzględnić przystanek na polu namiotowym w Goniądzu, które jest finansowane ze środków unijnych, ma nawet bar i prysznice. Ale w ciągu dnia jest po prostu plażą miejską, pełno tam ludzi, radosnych dzieci i wrzasku, dlatego tym, którzy lubią spokój i naturę polecam się tam tylko wykąpać i ruszać dalej ;-)

w Biebrza Safari są też bardzo towarzyskie koty!




nie widziałam zbyt wielu zwierząt, ale jestem usatysfakcjonowana nowymi egzemplarzami w kolekcji piór

4 komentarze: