CHODŹMY W LAS!


     Na pewno zauważyliście ostatnio, że idę trochę w las. Zawsze miałam w tę stronę lekkie ciągoty, ale totalnie wkręciłam się po lekturze Gawędy o wilkach i innych zwierzętach Marcina Kostrzyńskiego. Książkę bardzo polecam, Marcin z lasu strącił z mojego piedestału nawet Wajraka! Pod wpływem tej właśnie książki kupiliśmy fotopułapkę i zamierzamy mocno stalkować zwierzęta w najbliższej okolicy. Na szczęście nie musimy daleko szukać, bo w stodole mieszka wiewiór, u sąsiada na styropianie śpią czasem sarny, wszędzie roi się od ptaków, a przez naszą przyszłą ulicę przemaszerowała ostatnio dziewięciosztukowa rodzina dzików (a to bardzo dobra informacja dla wszystkich, których martwił ich los!) Krótko mówiąc wszyscy tam są, tylko nas brakuje. 

 

     Ale do rzeczy! Gawędy... to krótki fragment codziennego życia faceta, który ma las na wyciągnięcie ręki. Ba, powiedzieć tak to spore niedopowiedzenie, bo jemu się ten las wręcz ciśnie na chatę. Jako były myśliwy ma spory dług do spłacenia naturze i wydaje się, że Marcin wziął sobie to mocno do serca. Tabuny dzików, jeleni, mała sarenka z odciętym kopytkiem, wiewiórki - wszyscy znajdą bezpieczny azyl w pobliżu jego leśnej chałupinki. Nikt nigdy tam nie głoduje, bo buraki i jabłka przywożone są ciężarówkami, a myśliwi mają zakaz wstępu. Brzmi jak początek bajki, niestety dalej, tuż za granicami tej niezwykłej leśniczówki, i we wszystkich naszych lasach, na co dzień rozgrywają się raczej dramaty. Zwierzęta rozjeżdżane na ruchliwych drogach, zabijane dla trofeum, krzywdzone przez bezmyślnych ludzi.

    Nie martwcie się jednak, autor raczy nas też historiami słodkich pasiaczków zakładających gangi, czy złodziejskiej kuny, która robi zapas słoniny na kilka następnych pokoleń. Nie brakuje spostrzeżeń na temat charakteru zwierząt, indywidualności, ich przyzwyczajeń i niesamowitej inteligencji. Wyrysowane w książce portrety zwierząt nie pozostawiają wątpliwości. One myślą, czują i kochają tak samo jak ludzie. Wilki opiekują się starszymi, słabszymi członkami rodziny, dziki mają bardzo bogaty wachlarz nastrojów, a jelenie obchodzą coś w rodzaju żałoby.
    Z lektury dowiesz się też, że sformułowanie"ugryź mnie w tyłek" to u dzików zachęta do okazania czułości, a najlepsze do głaskania dzika są ogrodowe grabie. W lesie małym wilkom przydałyby się mocne kable USB do zabaw, a wiewiórce do nauki wspinania po drzewie wystarczy baran na ścianie w kuchni... A to tylko ledwie zajawka tego co znajdziesz w książce!

    Wśród nieprzychylnych komentarzy o książce najczęściej padają te o braku zdolności literackich, prostym języku, jakim jest pisana. Ale to jest właśnie jej główna zaleta i uniwersalność. Czyta się ją z łatwością, jakbyśmy właśnie słuchali "gawędy" przy ognisku, bez zawiłej fabuły i skomplikowanych metafor. Tylko chęć niesienia pomocy, wrażliwość i wyczuwalna przez strony pasja, którą poczuje czytelnik w każdym wieku, również ten najmłodszy.

    Wielkim atutem są też opisy operatorskiego fachu  od kuchni, dzięki którym możemy sobie wyobrazić jak trudno jest nagrywać zwierzęta bez zakłócania im spokoju i jak dużo pracy, czasu i szczęścia wymaga czasem jedno wymarzone ujęcie. Oby i nam udało się zarejestrować kilka smaczków! ;-)



A tu jeden malutki fragment zaledwie tego co tam znajdziecie, to akurat o wychowywaniu trzech malutkich wiewiórek:

Na śniadanie dostawały pokrojone jabłko, orzechy, nasiona dyni i słonecznika. Część zjadały, ale większość chowały na później. Gdy wchodziłem do kuchni, Gluś wbiegał po mnie jak po drzewie. Dochodził do głowy, siadał na barku i obierał przyniesiony orzech. Mogłem się tak z nim przemieszczać, czasami wchodziłem do łazienki lub pokoju.Gdy kończył, wyrzucał łupinę, a orzech starannie wciskał mi za ucho. Zeskakiwał potem na podłogę. Musiałem pamiętać, by wkładać sobie orzech za ucho, gdy ponownie wchodziłem do kuchni. Jak tylko mnie widział, sprawdzał położenie orzecha. Poprawiał go nosem i zadowolony zeskakiwał na podłogę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz